Egzotyka #3 – lipna świątynia na betonowym szlaku (milijon zdjęć)

Góry Tianmeng też są lipne. Nazwa oznacza miejsce spotkania nieba i ziemi i jest zerżnięta z przecudnych Gór Tianmen (znamy je z Avatara jako Lewitujące Góry Alleluja). Na prawdę nazywają się Yimeng, ale pijarowsko/turystycznie/marketingowo lepiej jak się nazywają Tianmeng.

To 240 kilometrów kwadratowych, z czego najważniejsze jest 96 w centrum. To miejsce słynne z powstania w nim równie słynnych regionalnych pieśni i z innych bzdetów.

Góry czasem nie są pokryte smogiem i widać ich urodę. A są urodziwe. Coś między Beskidem i Reglem dolnym, skały, trochę stromizn, potoczki, piękne lasy i (dzięki lasom) kilka tysięcy razy przekroczona norma tlenu. A zawdzięczają to XIX niemieckiemu misjonarzowi, który jak zobaczył był tę mizerię to im posadził lasy w całych górach, głównie kasztanowce, więc jeszcze ich przed głodem obronił. Wszędzie też wytoczył sztuczne strumienie, żeby nawodnić to towarzystwo. Resztki można jeszcze oglądać.

Teraz na tym terenie jest park narodowy z pięcioma A w nazwie. Im więcej A tym lepiej. Nie przeszkadza to wypalać tam śmieci i budować betonowych schodów… I tarasów. Bo szlak jest przepiękny, w całości wytyczony po rampach, tarasach, schodach, milionach schodów. Jest most wiszący, most szklany (też wiszący) – ale żadne halo prawdę mówiąc.

Na samym początku jest maleńka świątynka buddyjska, działająca. Nowa, zbudowana niedawno bo stara trzystuletnia z „niewyjaśnionych przyczyn” przestała być w latach pięćdziesiątych XX w. Mieszka w niej jeden szaoliński mnich. Słownie jeden. Ale się zmieniają okresowo i chwilami chyba jest ich dwóch. A czasem nima ani jednego i nie udało mi się żadnego upolować na rozmowę… No raz się dało, ale niegramotny był i nie pogadaliśmy 😦

Potem są piękne stawy będące zlewnią potoków górskich, z których wypływa rzeka nawadniająca całe uprawy poniżej.

A wyżej są wreszcie zupełnie żywe kozice, które w spokojniejsze dni wylegują się w grotach, w których według legendy nieśmiertelni mistrzowie tworzyli cały Taoizm – bo te góry są kolebką taoizmu.

Szlakiem po tych cholernych schodach jakieś trzy godziny pogina się pośród bambusów rosnących tu w charakterze chwasta. Gdzieś po drodze mija się pomnik postawiony na pamiątkę spotkania dwóch mędrców. W latach 599-579 pne Lao Tse (Lao Zi, Lao Laizi) przebywał w tych górach na odosobnieniu. Medytował, myślał i tworzył na Górze Meng. I kiedy tak sobie siedział na tej górze wdrapał się do niego Konfucjusz, żeby pogadać o Taoizmie, bo powstawał właśnie konfucjanizm. Na pamiątkę stoi strasznie fajny pomniczek, gdzieś na górce, w środku lasu. Siedzi Dwóch kolesi przy książkach i herbatce i sobie z najwyższym uszanowaniem gadajo… Bajer. I jest altanka, można sobie zasiąść i razem z mędrcami strzelić herbatkę i podumać. A lokalna ludność okrywa ich płaszczykami. Obrzydliwe to, ale tradycja taka.

Aż dochodzi się do największej egzotyki w regionie. Otóż wywalili tam na szczycie w głuszy świątynię taoistyczną. Znaczy to nigdy nie będzie świątynia bo to taki fałszywy skansen, wybudowany wyłącznie na potrzeby turystów, ale jest co trzeba. Dobra lokalizacja, budynki w zgodzie z zasadami sztuki budowy świątyń, a więc zorientowane, wyposażone w bramy, strażników, ścieżki, caput dragonis i całą resztę. Bajer. Konsultował to fachowiec i to jakiś dobry. Tylko zapomnieli o wodzie… Jest , ale nie ma Szułej

Świątynia, mimo że lipna, zbudowana jest sto razy lepiej niż wszystkie nowoczesne polskie kościoły…

Dalej jest most nad przepaścią, fajny, wcześniej jeszcze most szklany widokowy, niefajny, a dalej się idzie na drugą stronę gór, gdzie jest Cesarska Pagoda, kolejka linowa i uciech sto – tam nie dolazłem, bo trasa jest na cały dzień, mnie już para szła uszami, a jeszcze trzeba wrócić… I w ogóle jest po drodze parę jeszcze „zabytków”, jakieś półświęte drzewo, jakiś głaz na pobliskim szczycie, na którym z jakiegoś ważnego powodu namazali kilkadziesiąt znaczków takich samych i to coś znaczy, jakiś głaz z modlitwą do bóstwa itd. Wszystko lipa. zrobione teraz. I dla uciechy gawiedzi jest zjeżdżalnia długa, kręta i stroma. Fajna sprawa tylko zabija obuwie… Ktoś wydał półtora miliarda juanów.

Na całej trasie jest tylko jeden zabytek – stela z dynastii jakiejś odległej, postawiona naszczycie wzgórza a zawierająca cesarski nakaz rozporządzania drewnem z lasów, który sprowadza się do tego:

Macie nie być debilami i więcej sadzić niż rżnąć, bo sprawdzę i jak nie, to tu przyślę karną ekspedycję, która wam da po łapach, a tego byście nie chcieli. No. Cysoż

Ale tego akurat jakoś nie sfotografowałem, a byłem pewien, że tak 😦

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s