Filipińska religijność – zróbmy hałas dla Dzieciątka…

Filipińska religijność to jest temat rzeka i zapewne nie raz jeszcze do niego wrócę. Cebu to miasto Santo Ninio (Niño) czyli Dzieciątka (Jezus, choć wcale nie…). W sklepach, hotelach, bankach, warsztatach stoi figurka Dzieciątka Jezus w wieku lat około trzech. W królewskich bogatych szatach i wielgachnej koronie.

sn1

Największy, najstarszy i najważniejszy kościół w Cebu to bazylika (mniejsza) Santo Ninio, która stoi niedaleko Krzyża Magellana, a więc miejsca, w którym (prawda to czy tylko legenda) Magellan wyszedł na brzeg i w imieniu ich królewskich mości objął w posiadanie Cebu (wyspę), a wraz z nią całe Filipiny. Natychmiast też towarzyszący mu ksiądz ochrzcił lokalnego króla wraz z rodziną i poddanymi. I odtąd wszyscy żyli w szczęściu, radości i obfitości.

Z Santo Ninio wiąże się tu szereg legend, co też jeszcze opiszę inną razą.

Teraz słów kilka o religijności. Filipińczycy są bardzo religijni (przeważnie) i bardzo egzoterycznie czyli zewnętrznie (przeważnie). Samochody, ciężarków czy dżipneje (rodzaj lokalnego autobusu) wymalowane są w portrety Matek Boskich, Jezusów, Santo Ninio, świntych i slogany w stylu „Jezus moim panem”. I w stylistyce polskich chust rezerwistów – if ju noł łot aj min… Co ciekawe w samej bazylice na ołtarzu jest co najmniej niezrozumiały slogan „Mój Pan jest moim Bogiem”, co w kontekście kolonialnej historii tego miejsca jest co najmniej dwuznaczne. Czy oni tego nie widzą?

Albo może jest to bardzo wyrafinowana wskazówka co do tożsamości tegoż boga/Boga? Choć nie sądzę prawdę mówiąc.

sn-07

Przy okazji słówko o języku – mimo kolonialnej przeszłości się tu nie mówi po hiszpańsku. Powszechny jest język angielski, który np. wg naszego MSZ jest językiem urzędowym, ale wg Filipińczyków nie jest… Poza tym mają wspólny język filipiński (zwany także, niezbyt poprawnie, tabalogiem, tagalo) i każda wyspa ma swój własny język na tyle odmienny, że dogadać się ze sobą nie mogą. Dlatego używają „wspólnego”. A więc (teoretycznie) każdy mieszkaniec Filipin jest trójjęzyczny (albo czwór – jeśli jest gejem gada jeszcze w gejlingo. Geje mają własny język…). Jednakowoż filipiński angielski jest na tyle specyficzny, że często dogadać się jest bardzo trudno… Ale można, nie to co w Chinach.

Podstawowym problemem (dla mnie) jest filipiński „zaśpiew”. Oni przeciągają niektóre sylaby strasznie. Gud morning seeeeeeeeeeeeeeeer. Łot is diiiiiiiiiiiiiiiiiis? Łi open at seveeeeeeeeeeeeeeeeen. I druga sprawa oni wplatają angielski w swój (jaki by nie był) język i nigdy nie wiesz, czy to słowo co to go nie skumałeś to go po prostu nie znasz, czy nie zrozumiałeś wymowy czy to słowo z tagalo, bikol, cebuano czy czegoś innego jeszcze. A jest to tak powszechne, że nawet w bankomatach można wybrać english lub taglish czyli mieszankę tagalo z angielskim. Innej opcji (na przykład oficalnego tagalo) nie ma,,,

Czasem w sklepie kiedy kobiecina przyjmuje zapłatę za coś, żegna się znakiem krzyża i całuje palce na koniec. Wizytując Dzieciątko Jezus Filipińczycy machają mu z daleka na powitanie, żeby Bóg na pewno ich zobaczył. Machają tak zresztą także figurom świętych. I obowiązkowo trzeba świętego dotknąć. A że Santo Ninio jest za szybką to się w szybkę puka i na niej kładzie rękę.

Są to oczywiście pozostałości wiary rodzimej, lokalnej, szamańskiej. Także samo jak obrzędy święta zmarłych i wspomniane wymalowywanie samochodów, noszenie na szyi wielkich krzyży i różnego rodzaju amuletów.

Jednakże głównym tematem dzisiejszego wpisu jest (także szamańskie w swej genezie) granie dla Dzieciątka. Otóż raz w roku jest Boże Narodzenie. Historycznie oczywiście (wszyscy wią) bez sensu bo Jezus urodził się w marcu, przez co zresztą miał kłopoty bo pobożny Żyd winien się był urodzić we wrześniu. W grudniu to się akurat urodził Mitra (i szereg innych bóstw solarnych) o czym kiedy i gdzie indziej.

Otóż z okazji urodzin lokalna orkiestra gra dla Dzieciątka. Trudno to zresztą nazwać grą. Milion pięćset sto dziewięćset kolesi wali z całej siły w werble bez większego ładu i składu podczas gdy inni dmą w trąby – tę samą wciąż melodyjkę złożoną z pięciu może akordów. I fajnie. Rzecz w tym, że oni do tego podchodzą bardzo poważnie i ćwiczą. Ćwiczą tak już ze trzy godziny pod moim oknem i jest to naprawdę irytujące. I głośne. Ale to jeszcze nic. Najciekawsze, że oni to potrafią ćwiczyć między trzecią, a piątą. W NOCY!

Łaj? A łaj not…

Więcej treści w podpisach zdjęć.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s