Buddyzm tajski i bardzo „polski” bóg

Podczas trzech tygodni spędzonych w Tajlandii tylko jeden dzień udało mi się przeznaczyć na zwiedzanie. Pozostałe głównie spędziłem w łóżku próbując się zaaklimatyzować do nowych okoliczności (przyrody). Ten jeden dzień w całości poświęciłem na dreptanie po świątyniach buddyjskich w Bangkoku. Jest co zwiedzać i jest się czym zachwycać i zdumiewać… Choć niektóre bardziej przypominają komórkę na szczotki niż świątynię.

O samej wycieczce następną razą bo temat jest rozległy i mam milijon fotografii. Dziś o oficjalnej religii Tajlandii. Która ma tyle wspólnego z buddyzmem, co polski (oraz filipiński) katolicyzm z chrześcijaństwem…

Generalnie buddyzm tajski to żart!

Poza samymi mnichami (o których raz już pisałem obszerniej) Tajowie nie wyznają buddyzmu, tylko zbuddyzowaną odmianę hinduizmu. Ale się do tego nie przyznają, a pewnie nawet nie są tego świadomi. Budda (a właściwie żyjący na przełomie VI i V wieku p.n.e. Siddhartha zwany Gotamą, bo budda oznacza po prostu kogoś przebudzonego) zauważył, że ludzie cierpią i tak nim to wstrząsnęło, że postanowił znaleźć sposób na to, żeby nie cierpieli. I znalazł. To był gość. Mogę się nim zachwycać bez skrępowania, bo nie jestem buddystą.

W każdym razie buddyzm głosi, że żadnych bogów de facto nie ma, a człowiek cierpi z powodu przywiązań/pożądań (różnego rodzaju) i żeby wyjść poza koło karmy trzeba się tych pożądań wyzbyć. I tyle. I od dwóch i pół tysiąca lat mnisi doskonalą technologię. Z różnymi skutkami trzeba przyznać.

A w buddyzmie tajskim, w świątyniach i ulicznych, domowych, sklepowych, warsztatowych (etece) kapliczkach stoją posągi hinduskich bogów. I królewskiej rodziny, bo król też (choć nieoficjalnie) ma status boga, szczególnie Rama V, który swoje kapliczki ma wypełnione darami ofiarnymi w postaci na przykład owoców. A był wyjątkowy bo zniósł niewolnictwo i zamienił pańszczyznę na podatki i zastał Tajlandię… jaką zastał, a zostawił nowoczesną i wyedukowaną.

Także przed budynkami wszelkimi, nie tylko świątyniami, stoją mitologiczni strażnicy – bogowie i półbogowie i chronią spokoju i bezpieczeństwa mieszkańców i pracowników. I też zaopatrywani są w co im trzeba.

Zapytałem raz w świątyni dlaczego mają w niej Ganeszę, przecież to po pierwsze bóg, po drugie hinduski. Usłyszałem, że to dlatego, że buddyzm tajski to taki mix z hinduizmem. Ale jak się do wody wleje sok to to już nie jest woda tylko sok, rozwodniony, ale sok. Detal.

2016-10-19-12-32-04-1
Świątynia Wat That Thong i obfitość bogów

Pocieszająca jest wszechobecność Ganeszy, czyli mojego ulubionego Trąbonosego boga z panteonu hinduizmu. Jest to bóstwo tak klawe i tak polskie w swym charakterze, że na pewno któregoś dnia zobaczymy jego kapliczki także gdzieś w Polsce. W Łagiewnikach może. Choć kanonicznie to powinien stanąć na Jasnej Górze przed wejściem do kaplicy z cudownym obrazem.

Dlaczego tak lubię Ganeszę? Bo to jest gość. Najwyższymi bogami w hinduiźmie jest Sziwa i jego żona (czyli żeńska część tej boskiej energii) Siakti. I legenda głosi, że Siakti chciała mieć dziecko. A Sziwa nastwarzał tego wszystkiego mrowie od ludzi przez zwierzęta po demony i na dziecko powiedział nie. No to Siakti zrobiła sobie piling i ze złuszczonej skóry boskiej swej i gliny ulepiła chłopczyka (niepokalane poczęcie). A dlaczego dzieckiem bogów zawsze jest syn może inną razą i w innym miejscu, ale opowiem, bo to ważne [napisałem tutaj]. A na imię dała mu Ganesza. I wszystko było grejt. Aż Siakti chciała się wykąpać, więc poleciła synkowi, żeby stał na straży i nikogo nie wpuszczał bo się królowa (bogini) kąpie. Aż przyszedł jeden taki ważny, z teczką i mówi idę, a Ganesza na to, że się chyba z pawianem na łby pozamieniał bo nigdzie nie idzie kiedy mamusia zabroniła i posłał Sziwę, boga bogów na drzewo. Sziwa się najpierw zdziwił, a potem wkurzył i z właściwą sobie subtelnością urwał małemu łeb. I poszedł.

Siakti w płacz i nie było rady trzeba było smarkacza odtworzyć, ale głowa się zapodziała, więc kazał sobie ojciec bogów przynieść głowę pierwszego napotkanego zwierzęcia. A był to słoń.

Przygód Ganesza miał więcej – można sobie poszperać kto ciekawy. Hipisi nazywali go Mister No Problem bo zasadniczo w tym pomaga, w rozwiązywaniu problemów poprzez usuwanie wszelkich przeszkód. Zapewnia kreatywność i dobrobyt i w ogóle klawy jest gość no i, jako się rzekło, ma fantazję i jest lojalny. Nie będzie mu byle najwyższy z bogów mamie głowy zawracał. Ganesza chroni. Skutecznie.

Kapliczki stoją gęsto i naprawdę przy nich się ludziska modlą i składają ofiary. Bo bogom się ofiary składa, co w religiach abrahamowych jest nieco zakamuflowane, ale także oczywiście obecne. Zaś w różnego rodzaju nowych „starożytnych” religiach przybiera czasem kuriozalne postaci, no ale nie miejsce tu na to.

Jeszcze słowo o magii buddyjskiej i nie tylko. Super biznesem jest sprzedaż amuletów w Tajlandii. Są do kupienia zazwyczaj po zmroku od specjalnego gościa z kocyka gdzieś z boczku uliczki. Swoja drogą także piniądz jako taki jest amuletem bo jest na nim król. Bóg. Taksówkarze obwieszeni są amuletami, a prostytutki się tatuują w świątyniach w magiczne wzory. Wygląda to super, ale nie wiem co dokładnie znaczy bo nie miałem kogo spytać.

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Buddyzm tajski i bardzo „polski” bóg

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s