Siquijor nawiedzona wyspa szamanów

Tym razem pojechałem na drugi koniec wyspy Cebu, później do Dumaguete, a stamtąd na Siquijor. W Dumaguete port to port, nie tak jak w Maya, a promy to na prawdę promy. Badziewne jak sto pięćdziesiąt, byle fala i mają zakaz pływania, ale są.

siquijor08.jpg
Siquijor

O samej podróży później nieco. Teraz o wyspie.

Siquijor to wyspa nawiedzona, pełna duchów. Tak twierdzą Filipińczycy. I jest to wyspa szamanów. Nie spotkałem żadnych duchów, a szamani są na całych Filipinach więc nie wiem o co ten rwetes. Za to obcokrajowców jest tłum, wielu z nich prowadzi tam różnego rodzaju pensjonaty dla innych obcokrajowców.

Uzdrowiciela (nie „szamana”) trzeba szukać w górach. Bo na wyspie są też i góry. Taki Beskid Niski, z tą różnicą, że zamiast sosen są palmy, a do morza jest 15 minut drogi.

Szamani dzielą się a dwie grupy (w ogóle jest ich więcej ponoć, na przykład szamani wyłącznie dla dzieci, ale ja spotkałem się z dwiema tylko). Pierwsza grupa to ludowe zielarki. Za co łaska zostałem wysmarowany olejkiem podczas mruczenia jakichś modlitw i dostałem kubek czegoś ohydnego. Zioła są paskudne w smaku, ale wierzę, że pomagają. Problem polega na tym, że trzeba je sobie parzyć trzy razy dziennie. Podziękowałem.

Drugą grupą są uzdrowiciele duchowi, którzy między innymi przeprowadzają słynne bezkrwawe operacje. Taki szaman na Siquijor był jeden, ale wyjechał do Manili i teraz nie ma. Więc osobiście nie spotkałem, a szkoda. O samych operacjach pewnie jeszcze napiszę, na razie tylko dodam, że owszem były badania naukowe na ten temat i generalnie naukowcy nie wiedzą jak się dzieje to co się dzieje. Szaman wkłada ręce w człowieka, wyjmuje jakiś narząd, później go wkłada, ściera krew i nie ma śladu. Operowany nic nie czuje. Naukowcy mamroczą coś o rozdzielaniu wiązań atomowych bioenergią, ale moim zdaniem jest to tylko mundry zamiennik dla „nie mamy pojęcia”.

Co ciekawe szamani ponoć nawet złamania leczą masażem… Skutecznie.

Sama wyspa jest niezwykle malownicza. Z gór rozciąga się piękny widok, w lesie jest super mikroklimat tylko w ogóle nie ma zasięgu, więc to miejsce raczej dla tych, co chcą wiać od cywilizacji niż pozostać z nią w kontakcie. Są – co prawda niewiele, ale są – piaszczyste plaże i piasek jest rzeczywiście niemal biały.

Jedną z atrakcji turystycznych jest wodospad. Jak już się do niego dojedzie trzeba iść kawał drogi do strumyka. I jestem bardzo szczęśliwy, że przebyłam 10.000 km, żeby zobaczyć jedyny na wyspie wodospad, jakich dziesiątki są na każdym strumyku w Tatrach…

Podróż mniej uciążliwa niż na północ, ale męcząca strasznie. Autobus jest normalny, ma po dwa miejsca w rzędzie. Niestety jak nie mordują się na ekranie komandosi, to leci muzyczka. Wracałem późno i całą drogę musiałem słuchać puszczonych na pełen regulator piosenek miłosnych. Wszystkie były takie same, więc miałem cztery godziny tych samych czterech akordów (CADG jeśli dobrze pamiętam)…

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s