W klasztorze Thamkrabok napadł mnie wąż

Jakieś 140 km na północ od Bangkoku jest klasztor Wat Thamkrabok. Wat to właśnie klasztor, miejsce gdzie mieszkają mnisi. Tham oznacza jaskinię, Krabok (las) bambusowy. To klasztor buddyjskiej tradycji leśnej, o której już wspomniałem kiedyś przy okazji opowieści o tajskich mnichach w ogóle.

20180723_151344.jpg

Thamkrabok na początek szokuje. To właściwie miasteczko z domami, blokami i bugalowami w których, w prostych warunkach, mieszkają mnisi i osoby świeckie, całe rodziny. Pełne samochodów, ludzi, psów, małp (nie widziałem, za to widziałem białą wiewiórkę) i… węży. Raz nawet przyjechał samochód z lodami z tą kretyńską melodyjką… W żadnym razie nie przypomina klasztorów, do których przyzwyczaiła nas tradycja chrześciajańska.

Mnisi praktykują (asceza, mantry, medytacja…) i trzy godziny dziennie powinni poświęcić na pracę na rzecz wspólną. W Thamkrabok głównie przygotowują zioła, leczą uzależnionych, uczą itd. Ale widać jedynie tych, którzy sennie przechodzą z jednego miejsca w drugie, albo zmiatają opadłe liście.

Podróżowanie po Tajlandii nie jest proste jeśli trzeba oszczędzać. Dotarcie do klasztoru zajęło mi prawie pięć godzin. W upale i duchocie, ale za to raczej tanio. Umówiłem się tam na spotkanie z Polakiem, który jest mnichem. O Dawidzie Schwalku mnóstwo jest materiałów, filmów i wspomnień, więc nie będę tego powielał. Mogę jedynie potwierdzić, że to bardzo miła i gościnna osoba.

Zmęczony podróżą czekałem na niego na ławeczce kiedy poczułem uderzenie w nogi. Spojrzałem dół i i zamarłem. Aż rozbolało mnie serce. O moje nogi uderzył wąż drzewny. Około metra długości, zielony. Odpełzł kawałek i wlazł w podwozie zaparkowanego nieopodal samochodu. Aż podskoczyłem kiedy chwilę później obok mnie upadł z cichym stukotem duży, suchy liść.

– Te zielone są najgorsze, jeśli ugryzie trzeba natychmiast jechać do szpitala, jest na to tylko kilkanaście minut – pocieszył mnie Dawid… – Te węże skaczą do dwóch metrów.

Thamkrabok w połowie XX wieku założyło dwóch braci i ich ciotka. Początkowo mieszkali w jaskini, których w tym regionie jest mnóstwo. Okolica jest równinna, płaska jak stół i tylko w pewnym momencie na horyzoncie pojawia się góra. I kilka drzew, krzewów itd. – to tyle jeśli chodzi o „las” w tradycji leśnej. No, ale sama „tradycja” powstała na samym początku XX wieku bardziej na północy, blisko Laosu.

To jedyny klasztor w który tak wielkie znaczenie miała i ma kobieta – Luang. Założyciele już nie żyją, a ich posągi (i ciała…) znajdują się w jednej z dwóch świątyń. Świątyń się tu właściwie nie używa. Na głównym miejscu jest posąg Luang, który różni się od innych jedynie dwiema cechami – przedstawiona postać ma okulary i… nie ma pełnej ceremonialnej szaty mniszej. W buddyzmie kobieta może wstąpić do zakonu, ale nie może zostać mnichem. Instytucja mniszki nie istnieje w ogóle. Zatem na zawsze zostaje nowicjuszką. I chodzi w szaro-liliowych szatach.

Tak więc Luang, która nadal pozostaje duchową matką (ojcem?) klasztoru Thamkrabok i najważniejszym nauczycielem, która już za życia uważana była za świętą, że nawet gromadzono jej golone co miesiąc tuż przed pełnią włosy nigdy nie była mnichem…

Zresztą sam klasztor oficjalnie klasztorem nie jest właśnie z tego powodu. Ale w tradycji leśnej nie ma to żadnego znaczenia. Tu ważna jest praktyka. W żadnym razie wiedza, status czy cokolwiek takiego. Medytacja. Wyrzeczenie się wszystkiego, porzucenie wszystkiego co może być powodem przywiązania (przyjemności). Nawet jedzenie (raz dziennie) ma służyć dostarczeniu ciału tego co potrzebne do przeżycia. Wyłącznie. A więc mnisi wkładają do miski to co dostają od ludzi, mieszają to razem i jedzą. Ryż, mięso, warzywa, ciasto, lody, ryby, makaron… Bo przecież w brzuchu i tak się zmiesza…

Klasztor słynie na świat cały ze swojego szpitalika detoksykacyjnego. Ma najwyższy na świecie odsetek skuteczności w leczeniu uzależnień. A mnisi leczą wyłącznie ziołami, sauną wspomaganą herbatami ziołowymi i medytacją. Mnisi nie używają pieniędzy, żyją wyłącznie z datków. Leczenie jest bezpłatne, tylko trzeba się samemu utrzymać. Więc albo żywi rodzina, albo można korzystać kilku jadłodajni znajdujących się na terenie „miasteczka świątynnego”. Całodzienne wyżywienie nie powinno kosztować więcej niż kilkanaście złotych.

Wyleczeni narkomani czy alkoholicy często zostają na jakiś czas jako mnisi, choć trzeba przyznać, że zazwyczaj nie przestrzegają wskazań…

Reklamy

Jedna myśl w temacie “W klasztorze Thamkrabok napadł mnie wąż

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s