I co ja robię tu?

Wpis poniższy jest bardzo (!) osobisty, jeśli Ci to przeszkadza – daruj sobie. O Chinach nie ma w nim właściwie nic, więc nic nie tracisz. Publikuję to ponieważ padały (życzliwe) pytania o to co ja tu robię, dlaczego wyjechałem tak daleko i siedzę tak długo (i jeszcze posiedzę). Chcę to wyłożyć szczegółowo, bo chcę być zrozumiany.

Gram w kiepskiej sztuce zwanej życiem
Lecz chciałbym zagrać pięknie
J. Kaczmarski

01Dziesięć lat temu (prawie) umarłem. Miałem 1% szans na przeżycie. Sprawa właściwe była przesądzona, ale o dziwo przeżyłem. Nauczyłem się siadać, nauczyłem się chodzić, teraz to już nawet przeważnie chodzę bez laski, muszę tylko chodzić bardzo ostrożnie. Przeżyłem, ale zostałem kaleką. A byłem kiedyś dość sprawny i silny. Byłem żołnierzem wojsk powietrzno-desantowych (Czerwonych Beretów) i instruktorem harcerskim. Stałem się inwalidą, z wciąż pogarszającym się stanem zdrowia utrudniającym, a często w ogóle uniemożliwiającym mi normalne życie, z głodową rentą.

Zostałem sam, z górą niezałatwionych spraw i problemów, z podejrzeniem padaczki i zagrożeniem paraliżem całego ciała. Mam drugą grupę inwalidzką. W sądzie już kilka miesięcy ciągnie się sprawa mojego bankructwa.

Największa chyba trudność polega na tym, że po mnie nie widać choroby, a widoczne symptomy ludzie odbierają jako zmęczenie, znużenie, znudzenie, niezadowolenie, a czasem wrogość – bo z powodu uszkodzonego nerwu wzrokowego nie widzę w dół i żeby widzieć rozmówcę patrzę na niego spodełba, co wydaje się ludziom niegrzeczne, zwłaszcza że jestem raczej duży. Dodatkowo częściowy paraliż mięśni twarzy nadaje jej nieco ponury wygląd. No i mam silną depresję, a to jest choroba, która nie polega na tym, że „się nie chce”.

Lekarze nie wiedzą dlaczego miałem wylew. Dopiero medycyna chińska odpowiedziała na kilka pytań, musiałem jednak przerwać kurację akupunkturą ze względu na koszty. Rezultatem dziś są liczne drobne niedowłady, niektóre pojawiające się okresowo.

Ale mimo że ich nie widać, to konsekwencje mojej choroby, która trwa i będzie trwać do końca mojego życia, są poważne. Przede wszystkim mam uszkodzony pień mózgu, a komórki mózgowe to jedyne, które nie odnawiają się w ludzkim ciele. Pień odpowiada za podstawowe, często niekontrolowane świadomie czynności, jak oddychanie czy trzymanie równowagi, perystaltyka jelit… Dlatego czasem (w silnym stresie) się duszę, dlatego mam trudności z równowagą i czasem idąc się chwieję, czasem spadem ze schodków itd. W pniu mózgu są też cztery nerwy wzrokowe, ja mam teraz trzy. Dlatego na przykład nie mogę już grać w badmintona bo nie potrafię poprawnie zlokalizować lecącej do mnie lotki. Ani w ping ponga – a dobry byłem…

Kolejną konsekwencją są problemy z pamięcią. W ogóle nie mogę zapamiętać pewnych informacji, na przykład imion czy nazwisk, zapominam o rocznicach, o wydarzeniach. Wiem, że kogoś znam, ale nie wiem kto to jest. Wiem, że jakiś pisarz coś napisał, ale nie mogę podać jego nazwiska. Znam jakiś termin, ale nie potrafię go zdefiniować. To utrudnia też znacznie naukę języka obcego na przykład. Pamiętam słowo, ale nie pamiętam jego znaczenia, nawet jeśli dosłownie przed chwilą zaglądałem do słownika.

Następną konsekwencją jest słabość, w tym sezonowa to znaczy zimą czuję się dużo gorzej niż latem. Trudność w tym, że moja zima trwa od września do maja włącznie. Mój organizm, słaby na co dzień, w tym okresie przełącza się “tryb ekonomiczny” i zmusza mnie do leżenia, jestem po prostu zbyt słaby i obolały by cokolwiek zrobić. Mam czasem jedną, dwie godziny aktywności na dwa, trzy dni. Przez resztę czasu leżę. To bardzo mało biorąc pod uwagę, że muszę w tym czasie znaleźć zlecenie, wykonać je, rozliczyć się ze wszystkimi urzędami i zadbać trochę o sobie – zrobić pranie, jakieś zakupy itd. Albo spędzić trochę czasu z córkami. Czasem mogę się mocno sprężyć i być aktywny przez kilka godzin, może cały dzień. Później jednak muszę za to drogo zapłacić krzywiąc się z bólu i nie mogąc wstać z łóżka przez kilka dni. A że cierpię na permanentną bezsenność (częściowo z powodu depresji, częściowo z powodu uszkodzeń mózgu, a częściowo wskutek stresu) bardzo trudno mi wypoczywać.

W rezultacie miałem coraz mniej pracy, traciłem kolejne kontrakty, a nie mogłem zdobyć nowych. Zacząłem wpadać coraz bardziej w długi i mimo pomocy Przyjaciół, mimo prób uruchomienia innych, nowych źródeł dochodu, mimo poszukiwania pracy na całym świecie, stałem się niewypłacalny. Przestałem kupować leki prawie wszystkie, przerwałem wszystkie płatne kuracje, dwukrotnie prosiłem publicznie o pomoc.

W ostatnich latach ciągle starałem się coś robić. Dlaczego poszedłem na studia, najpierw podyplomowe, później doktoranckie, poszedłem na różne kursy. Dzięki temu żyję. Po prostu. W ciągu ostatnich dziesięciu lat umierałem cztery razy. Pomogli mi dobrzy ludzie. Lekarz neurolog powiedział mi wprost, że nie ma już dla mnie ratunku. Lekarz psychiatra powiedział, że wiadra leków będę łykał do śmierci. A ja tak nie chcę. Teraz jestem niepełnosprawny. Kiedy się poddam – będę kaleką. I nie pożyję długo.

Dzięki temu, że się uczę rozbudowuje się mój mózg, nowe komórki przejmują część zadań tych zniszczonych i teraz zapominam już dużo mniej niż dawniej. Kiedyś wychodziłem z pokoju i zapominałem po co, nagminnie. Dziś to już rzadkość. Dalej mam problemy z pamięcią, ale o niebo mniejsze. Dzięki temu, że skończyłem kurs bioterapii i hipnozy, że uczyłem się poprawnie oddychać, mogę zapanować nad napadami lękowymi – to jest taka sytuacja, kiedy nagle, w środku nocy, w środku dnia, dopada Cię lęk, strach tak ogromny, że można się tylko zwinąć w kulkę i czekać aż przejdzie, nic się nie da zrobić, kompletnie nic. To skutek problemów neurologicznych wzmocniony stresem, którego mi nie brakuje niestety. Taki napad trzymał mnie średnio trzy dni. Trzy dni! Teraz potrafię poradzić z nim sobie już po godzinie, dwóch. A mam je każdej nocy. Dzięki temu, czego się nauczyłem sam sobie opracowałem odpowiednie narzędzie. Nikt mi nie pomógł. Dzięki temu, że skończyłem studia coachingowe mogłem zająć się tym naukowo i mieć nadzieję, że kiedyś będę mógł godnie zarabiać jako coach. Dzięki temu, że się ruszam mogę chodzić bez laski prawie wszędzie i w ogóle mogę chodzić.

Ponieważ zdobyłem na prawdę dużo wiedzy i sporo zrozumiałem, niebawem zacznę się tym dzielić na specjalnie przygotowywanej w tym celu stronie. Bezpłatnie.

Zapraszam na stronę wiedzaNIEtajemna.pl

Według lekarzy powinienem już nie żyć, ale ja postanowiłem być zdrowy i silny. I postanowiłem być szczęśliwy. Dlatego szukam możliwości, działam i uczę się. Kiedy miałem jeszcze pieniądze – kończyłem różne kursy, kiedy ich nie mam uczę się bezpłatnie, albo prawie za darmo pomagając jakimiś drobnymi pracami (np. skończyłem kiedyś kurs w zamian za zrobienie strony internetowej).

Ale mój stan zdrowia wciąż się pogarszał, moja sytuacja ekonomiczna także. Mimo pomocy wielu ludzi, którym jestem bardzo wdzięczny (choć miałem też wiele bardzo gorzkich chwil, żeby być sprawiedliwym) mogłem jedynie czekać na śmierć.

tai-chi.jpg
To fajurskie ubranko dostałem za konsultację w sprawie działań PR w sieci

Postanowiłem więc, po kilkuletnich poszukiwaniach metody, nauczyć się Qi Gong – starożytnej chińskiej techniki uzdrawiania. Żeby pomóc sobie i później innym. Niestety nauka taka jest szalenie kosztowna, musiałem więc pojechać do źródła, bo nie było mnie stać na kursy. I tak właśnie znalazłem się w Chinach. I po to właśnie. Uczyłem się od chińskich mistrzów Qi Gong (miękkiego i twardego), Tai Chi (różnych stylów), a nawet trochę Kung Fu bo to wszystko się wiąże ze sobą. Niestety z Gór Tianmeng wygnała mnie pogoda, jak jest zbyt jesiennie mój organizm po prostu przestaje działać. Przeniosłem się więc na południe, żeby tu kontynuować naukę, a właściwie praktykę, bo nauczyłem się już wszystkiego na razie i pozostaje mi ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć.

Jeśli kogoś interesuje moja ponura historia – więcej informacji jest na stronie wysmulek.com, szczególnie w książce „Ósmy krąg piekła”, którą można pobrać w całości bezpłatnie.

Nie potrafię wymienić tu wszystkich, którzy mi pomogli. Przepraszam. Niech więc ich reprezentacją będą – Wojtek, Miłka, moje córki i mój Tata. Dziękuję.

I Wiesiek. Wiesiek to jest gość…

Reklamy